piątek, 15 września 2017

165. 117 miesięcy 💕

Kiedy zaczynałam spotykać się z A., myślałam, że to będzie fajna przyjaźń. TYLKO przyjaźń. Był kumplem, jeździliśmy na kręgle, chodziliśmy na spacery, gadaliśmy godzinami. Potem był wielki kryzys i myślałam, że wszystko, cała przyjaźń, zakończyła się tak nagle, jak nagle się zaczęła. Ale pod koniec 2007r. coś zaczęło iskrzyć i to na poważnie. Postanowiliśmy dać sobie szansę i spróbować zbudować coś fajnego. Zaczęliśmy się lepiej dogadywać, lepiej rozumieć siebie i swoje głupie żarty. Jesteśmy razem od 15.12.2007r. 


To zdjęcie zostało zrobione miesiąc i parę dni później, pod koniec stycznia 2008r., na naszej studniówce. Niektórzy nie dawali nam szans na związek dłuższy niż trzy miesiące. I co, utarliśmy Wam trochę nosa, nie? ;) Dzisiaj mija 117. miesięcy. 


To zdjęcie zrobiliśmy niecały miesiąc temu. Przybyło nam lat, przybyło nam kilogramów, przybyło nam nawet siwych włosów, przynajmniej mi :P Ale nadal się dogadujemy, nadal się rozumiemy. Na pewno lepiej niż kiedyś. Kochamy się też bardziej niż kiedyś. Dla mnie nasze uczucie, nasz związek, nasza miłość, to coś, co miało trwać chwilę, a trwa już prawie 10. lat. W moim sercu trwać będzie na zawsze! 💕

sobota, 9 września 2017

164. Wakacje, wakacje i po wakacjach. Albania 2017!

Od naszego powrotu z wakacji minęło już prawie dwa  tygodnie. Mózg mi chyba zamarzł i nie miałam jak do Was napisać. Co to są w ogóle za temperatury?! Co tu robi ten deszcz i wiatr?! O co chodzi?!

Tegoroczny urlop spędziliśmy w Albanii, w okolicach Durres. Tam temperatury wahały się w okolicy 31-33 stopni, a tutaj? Żart jakiś ! Wracam wspomnieniami do urlopu, przeglądam zdjęcia i postanowiłam coś skrobnąć o tej spontan akcji ;)

Czemu spontan akcja? Bo mieliśmy w tym roku nigdzie nie jechać. Chcieliśmy się skupić na wykończeniu domu, a jak wiadomo, w takiej sytuacji każdy grosz się liczy. Ale... poszliśmy któregoś wieczoru do kumpla, który coś tam przebąkiwał o swoich wakacjach. Że załatwił, że zapłacił, że powiedział swojej kobiecie i rodzicom (bo też mieli jechać), gdzie załatwił i .. nikt nie chce jechać. Więc pierwsze pytanie było "To gdzieś Ty te wakacje wymyślił?" "W Albanii" - padła odpowiedź. Na co mój szanowny małżonek stwierdził, że on by pojechał. No i .. 3 minuty później rezerwowaliśmy pobyt i wpłacaliśmy zaliczkę ;)

I tak w nocy z poniedziałku na wtorek, 22 sierpnia, staliśmy z bagażami na lotnisku we Wrocławiu i czekaliśmy na samolot do Tirany, stolicy Albanii. Wylot o 3 nad ranem, przyjazd do hotelu około 6 rano. Kierowca zatrzymał autobus, krzyknął "Hotel Edart!" i kazał nam wysiadać. Spojrzeliśmy za okno i zobaczyliśmy to:

źródło: własne

Taka ruina na pierwszym planie, w internecie wyglądało to "trochę" inaczej. Stwierdziliśmy, że nie wysiadamy.. Po trzech próbach zmuszenia nas do opuszczenia autobusu, kierowca sam wysiadł, zaprowadził dwóch facetów 30 metrów wcześniej i pokazał im nasz hotel. Ten właściwy, czyli ten:

źródło: www.itaka.pl

Wszystko wydawało się w porządku. Niestety, doba hotelowa zaczynała się dopiero o 14, a przypominam, my byliśmy w hotelu o 6 z minutami.. Nikt się nami nie zainteresował, nie mieliśmy co zrobić z bagażami i ze sobą. Trochę na siłę weszliśmy do restauracji hotelowej, tam doczekaliśmy do śniadania. Załatwiliśmy też z recepcjonistą, że w miarę szybko pokoje zostały posprzątane i po kolei byliśmy do nich wpuszczani. Dostaliśmy pokój na I piętrze, z fajnym balkonem i widokiem na morze. Pokoje były naprawdę ładne, urządzone skromnie (bo miały tylko łóżko, szafkę nocną, szafę, lustro i lodówkę), ale bardzo w moim stylu. A przede wszystkim w jasnych kolorach, z przewagą szarości.Gdyby nie fakt, że mam już łóżko do nowej sypialni, zrobiłabym dokładnie coś takiego.

źródło: www.itaka.pl

Gorzej było z łazienką. Była bardzo mała, a miejsce na toaletę naprawdę mikroskopijne ;) Kibelek wciśnięty był pomiędzy ścianę, a kabinę prysznicową i podtarcie się bez obtarcia sobie łokci graniczyło z cudem ;) Plus był taki, że nie dało się spaść z sedesu nawet po grubej imprezie, chyba że do przodu ;) 

Wszystko to jednak rekompensowały widoki z balkonu, wprost na morze.

 


źródło: własne

Jedzenie w hotelu było bardzo dobre. Trochę się obawiałam, że będą tylko jakieś tradycyjne albańskie dania, które dla nas będą niejadalne, ale zostałam miło zaskoczona. Posiłki były w formie szwedzkiego stołu, bardzo urozmaicone. Smakowała nam większość przyrządzanych dań. Jedynym minusem było to, że wszystko było bardzo tłuste. Codziennie jedliśmy na restauracyjnym tarasie, co było miłą odskocznią od codziennego jedzenia w czterech ścianach.

 
źródło: www.itaka.pl

Oprócz leżenia na plaży i kąpieli w morzu, dużo spacerowaliśmy, dużo piliśmy piwa i raki ;) trochę zwiedzaliśmy.

 Wielki Meczet

 Albanian College Durres

 Pomnik Powstańca

Mury miejskie z wieżą wenecką

źródło: własne

Ogólnie, cały wyjazd bardzo na plus. Naładowaliśmy akumulatory,  nie odbieraliśmy żadnych telefonów, nie oglądaliśmy żadnych wiadomości. Cieszyliśmy się sobą, słońcem, pogodą. Cieszyliśmy oczy pięknymi widokami, szczególnie zachody słońca było bardzo malownicze. Jeździliśmy na targ do Durres, gdzie kupowaliśmy pyszne owoce, słodziutkie arbuzy i melony, pyszne świeże i suszone figi. Fenomenalna chałwa, dobre piwo. A to wszystko za niewielkie pieniądze. 100 euro to 13000 albańskich leków. Piwko 120, chałwa 400 za kilogram, figi 200 za kilogram. Naprawdę tanio, a jak pysznie ! :)

Wszystko pięknie, ładnie. Z pozoru, serio. Albania to dziwny kraj. Kraj sprzeczności i skrajności. Na ulicach świetne auta, naprawdę dobre fury. Nowe, z salonu, i bardzo drogie, to widać. 10 samochodów na 8 to mercedesy. Serio, gdzie się nie obrócić, tam auto spod znaku trójramiennej gwiazdy. Patrzysz, a tu hotel ze złotym szyldem, świetna architektura, nie dla przeciętnych. Kawałek dalej? Most, a pod mostem mnóstwo zaniedbanych ludzi, bezdomnych, żebraków. Na plaży? To samo. Żebrzące dzieci, żebrzący dorośli. Syf i malaria. Kosz na śmieci? Zapomnij. Na "naszej" plaży jeden śmietnik, taki mały jak biurowy, na jakieś 50 par leżaków.

Albania chyba jeszcze nie do końca jest gotowa na przyjęcie dużej fali turystów. Ale widać, że się szybko uczą. Myślę, że za parę lat to będzie fajne miejsce na spędzenie wakacji.

Zostawiam Was ze zdjęciami :) Następnym razem wpadnę z relacją z postępów na budowie.
Cześć!















wtorek, 5 września 2017

163. Grunt to okładka #lipiec2017 #sierpień2017

Lipiec i sierpień był dla mnie słaby pod względem czytelniczym. Przeczytałam w sumie siedem książek, a do hasła z KROPKĄ dopasowałam tylko jedną. Zapraszam na skromną recenzję.

 Książkę "Chajzerów dwóch" dostałam w prezencie urodzinowym od Przyjaciółki, razem z kilkoma innymi pozycjami. Postanowiłam sięgnąć po nią w pierwszej kolejności, bo potrzebowałam czegoś lekkiego, na odmóżdżenie, zabawnego. Znając z internetu humor Filipa wiedziałam, że to będzie dobry wybór. 
Książka jest zabawna, pełna humoru i wspomnień. Rozmowa ojca z synem pełna jest również emocji i uczuć, to widać i czuć z każdą kolejną przeczytaną kartką. 
Filip, syn i Zygmunt, ojciec żyli w dwóch różnych światach. Zygmunt bywał na prywatkach, na których muzykę zapewniały adaptery. Filip to pokolenie płyt CD, IKEI i McDonaldów. Ojciec usiadł z synem, rozmawiają o wszystkim. Choć czasem facetom ciężko tak po prostu szczerze rozmawiać, to oni potrafili. Podzielili się z czytelnikami tym, co jest tylko ich. Opowiedzieli, jacy byli, jaką drogę przeszli, co przeżyli i jacy są teraz. 
Cieszę się, że miałam okazję zapoznać się ze światem "Chajzerów dwóch". Jeśli tylko napiszą coś jeszcze, to chętnie przeczytam.